KatoGość : ks. bp Rafał Markowski

KatoGość : ks. bp Rafał Markowski

„Chrystus wstępuje w ludzką duszę po to, żeby tam, w tych najgłębszych pokładach uzdrowić człowieka, jego serce, jego duszę, żeby... zobacz więcej

„Chrystus wstępuje w ludzką duszę po to, żeby tam, w tych najgłębszych pokładach uzdrowić człowieka, jego serce, jego duszę, żeby uleczyć jego ranę, żeby uleczyć jego grzech.”

Biskup Rafał Markowski – Biskup Pomocniczy Archidiecezji Warszawskiej. Zawołanie biskupie „Jesu in Te confido” – Jezu ufam Tobie.

Rozmowa przeprowadzona w Kurii Metropolitarnej w Warszawie dnia 10 maja 2016 roku.

 

Sławek Komuda: Nawrócenie człowieka jest procesem, który ma kilka elementów i jednym z nich jest doświadczenie Bożego Miłosierdzia. Jak może być postrzegane Boże Miłosierdzie w tym procesie?

Biskup Rafał Markowski: Całe życie religijne to rzeczywiście proces, który trwa całe ludzkie życie. Ciekawe jest to, że właściwie na przestrzeni dziejów historii można zauważyć, że człowiek zawsze w swoim życiu poszukiwał sacrum, gdziekolwiek by nie osiadł, gdziekolwiek by nie budował nowej cywilizacji, nowej kultury. Zawsze również było to poszukiwanie Boga w sensie szukania odpowiedzi na pytania dotyczące najważniejszych spraw życia ludzkiego. To jest ta pierwotna forma religii, która sprawia, że człowiek poszukuje sensu i życia. I tego, czego doświadcza, czyli poszukując sensu również cierpienia, poszukując sensu śmierci, poszukuje odpowiedzi na fundamentalne pytania. Te poszukiwanie może, chociaż nie musi prowadzić ostatecznie do odkrycia Boga. Wiadomo, że bywa tak, że człowiek na pewnym etapie porzuca te poszukiwania, twierdząc, że nigdzie nie znajdzie na nie odpowiedzi. Ale bardzo często jest to właśnie sytuacja, w której tego rodzaju poszukiwania rzucają człowieka na kolana, kiedy człowiek odkrywa ten najgłębszy sens swojego życia, sens również istnienia świata i tego wszystkiego, co dokonuje się w życiu ludzkim. Zwracam na to uwagę, dlatego że cały sens życia religijnego właśnie tutaj się rodzi, bo bardzo często religie postrzegamy poprzez wymiar instytucji religijnych. A zatem bardzo często mówi się o instytucji kościoła, mówi się o hierarchii, mówi się o działaniach kościoła. To samo dotyczy również systemów religijnych, które nam towarzyszą w historii świata, więc myślę o wielkich systemach religijnych, tego rodzaju, jak hinduizm, buddyzm, islam. Tutaj rodzą się instytucje religijne, ale trzeba pamiętać o tym, że one mają źródło zupełnie gdzie indziej. Religia rodzi się tak naprawdę we wnętrzu człowieka, w tym poszukiwaniach człowieczych, które prowadzą człowieka do odkrycia najgłębszego sensu swojego życia i tego wszystkiego, co się w życiu dokonuje. Czyli odkrywa istnienie Boga, który niewidzialną ręka kreśli historię i świata, i każdego z nas. Dopiero z tego najgłębszego poziomu wyrastają instytucje religijne.

Wracając do tych poszukiwań, to poszukiwania trwają całe życie, nigdy nie mają końca. Trwają w tym sensie, że życie religijne ulega pogłębieniu, które dokonuje się przez życie ludzkie. To samo w sposób szczególny dotyczy chrześcijaństwa, gdzie człowiek w pewnych okolicznościach swojego życia odkrywa Chrystusa Boga i człowieka. Odkrywa Jego misje i posłannictwo, czyli odkupienie świata, które dokonało się na krzyżu. I to jest to prawdziwe chrześcijaństwo, które rodzi się we wnętrzu człowieka. Oczywiście później człowiek, wchodzi również w wymiar instytucjonalny chrześcijaństwa, w którym to wymiarze instytucjonalnym korzysta z instytucji Kościoła. Sensem tej instytucji nie jest wymiar widzialny, ale jest to wymiar niewidzialny. Jeżeli instytucja Kościoła ma swój sens, to tylko w tym, że pomaga człowiekowi dalej postępować na drodze wiary. Porównuje to zawsze do tej wędrówki, która prowadzi w górę. A człowiek, który po raz pierwszy wybiera się w góry nie może iść sam, zawsze musi skorzystać z przewodnika. W tym wypadku Kościół instytucjonalny staje się takim przewodnikiem dla ludzi, którzy chcą postępować na drogę wiary. W tym Kościele instytucjonalnym doświadczają sakramentów świętych, doświadczają głoszenia słowa. To sakramenty i głoszenie słowa pozwalają człowiekowi odkrywać głębię chrześcijaństwa, czyli mówiąc inaczej pogłębiać swoją wiarę. W tym kontekście Miłosierdzie Boże towarzyszy na każdym etapie tej drogi. Miłosierdzie Boże to jest zarówno początek, jak i koniec, dlatego jest ono stałym elementem życia religijnego i na każdym etapie towarzyszy człowiekowi. Natomiast w miarę pogłębiania swojego życia religijnego dokonuje się również pogłębianie i odkrywanie sensu Miłosierdzia Bożego. W tym znaczeniu Miłosierdzie może mieć różne odcienie.

SK: Chyba z Miłosierdziem nie może być inaczej. Ksiądz biskup, jako zawołanie biskupie obrał sobie trzy słowa – „Jezu ufam Tobie”. Nie trudno się domyślić, że inspiracją był pewnie obrazu Jezusa Miłosiernego. Z tego miejsca jest blisko do Świętej Faustyny, tak?

BRM: Tak jak w życiu każdego w nas, ta przygoda związana z Miłosierdziem Bożym dokonuje się w różnych okolicznościach. Mówiąc inaczej – Pan Bóg właśnie tą niewidzialną ręką kreśli scenariusze życiowe. Akurat moja przygoda z Miłosierdziem, jeśli tak mogę powiedzieć w sposób taki obrazowy, myśląc tutaj o posłaństwie Świętej Siostry Faustyny, jak i również obrazu Jezusa Miłosiernego, wreszcie Koronki do Miłosierdzia Bożego, to zrodziło się to na konkretnym etapie mojego życia. Pracowałem w seminarium jako wychowawca, wtedy ksiądz Prymas Kardynał Józef Glemp, podjął decyzję, abym zorganizował radio katolickie na terenie Warszawy. To był ten czas, kiedy radiofonia katolicka się rozwijała. To był początek Radia Maryja, jak również Radia Podlasie.

SK: I w Warszawie powstało Radio Józef.

RM: Nie ukrywam, że przeraziło mnie to, bo wtedy miałem za sobą doświadczenia pracy duszpasterskiej w parafii, miałem doświadczenie pracy wychowawczej w seminarium i miałem również doświadczenie w swojej pracy naukowej. W tym samym czasie ukończyłem doktorat, który poświeciłem problematyce religioznawczej, więc kiedy usłyszałem życzenie księdza Prymasa ugięły się pode mną nogi. Próbowałem się bronić, mówiłem – „Eminencjo, ale ja nie ma żadnej wiedzy na ten temat.” Moją jedyną wiedza było stare radio, które stało u mnie od lat, więc kwestia studia radiowego, zespołu redakcyjnego, tak zwanej ramówki, targetów, poszukiwania reklam, to były zupełnie obce mi tematy. W żaden sposób niezwiązany z moim dotychczasowym życiem i moimi doświadczeniami. Na co Kardynał uznał – „To się w takim razie tego naucz, na pewno sobie poradzisz”. A ponieważ przyrzekałem posłuszeństwo, temu samemu księdzu Prymasowi, a właściwie posłuszeństwo Kościołowi, więc uznałem, że muszę spróbować.

Kosztowało mnie to ogromnie dużo wysiłku, bo trzeba było dosłownie uczyć się abecadła radiowego. Ale z pomocą życzliwych ludzi udało mi się ten etap organizacyjny przeskoczyć. Natomiast rok później – w 1994 przyszedł proces uruchamiania programu radiowego. Stałem wtedy w obliczu ogromnego można powiedzieć znaku zapytania w kontekście tego, co ma stanowić fundament tego programu radiowego. Wiedziałem, co to jest ramówka, wiedziałem, co to są materiały, audycje publicystyczne, muzyczne, co oznaczało oprawa muzyczna i tak dalej. Ale ta wiedza do końca mnie nie uspokajała. W tym wypadku wiedziałem, że radio katolickie musi mieć jakieś głębsze dno. I tak się stało, że kardynał Glemp zdecydował o tym, że siedzibą radia będzie budynek sekretariatu episkopatu, mieszczący się przy Skwerze Kardynała Wyszyńskiego, a sąsiadujący z Domem Generalnym Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na ulicy Żytniej. W tym samym czasie, równolegle nastąpiła beatyfikacja Błogosławionej Siostry Faustyny. Nastąpił, tak zwany wybuch Miłosierdzia Bożego związany z tą beatyfikacją. Beatyfikacja Siostry Faustyny, sąsiedztwo – Dom Zgromadzenia, do którego Siostra Faustyna wstąpiła i przez to uświęciła to miejsce swoją obecnością i swoimi spotkaniami z Jezusem a później to wszystko owocowało w formie Dzienniczka. Te wydarzenia podsunęły mi myśl na temat fundamentu powstającego radia – „Tym fundamentem może być tylko Miłosierdzie Boże”. Stąd udałem się do Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Pamiętam wtedy spotkanie z Matką Generalną tego zgromadzenia, Matką Pauliną Słomką, do której zwróciłem się z prośbą, żeby pozwoliła mi z radiem, jakby zagościć w tym miejscu, czyli uwzględnić ten dom, w budowanym przeze mnie programie radiowym. Myślałem o jednym, a mianowicie o tym, żeby wykorzystać godzinę Miłosierdzia, którą siostry kultywowały swoją wspólną modlitwą i udostępnić tą modlitwę siostrzaną na antenie radia. Nie spotkałem się oczywiście z odmową, ale z taką naturalną skromnością, niepewnością. Siostry nie wiedziały, czy będą w stanie sprostać, że to będzie takie wyzwanie, któremu one nie podołają. W ogóle u wielu starszych sióstr występowało przerażenie na myśl o tym, że radio zagości w kaplicy. Pojawiło się mnóstwo wątpliwości, które próbowałem krok po kroku rozwiać. Nie było to łatwe, ale byłem bardzo konsekwentny. I dzisiaj z perspektywy czasu rzeczywiście wyrażam ogromną wdzięczność Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Z tym Zgromadzeniem pozostaję do dzisiaj w bardzo przyjaznych kontaktach, bo ostateczne udało mi się przełamać wszystkie wątpliwości.

Z pomocą Pana inżyniera Żakowskiego, który pomagał mi wtedy instalować sprzęt radiowy w kaplicy, udało się zrobić to na tyle dyskretnie, żeby się nie rzucał za bardzo w oczy. No i przed godziną 15:00 pojawialiśmy się w kaplicy, ustawialiśmy mikrofony. A o godzinie 15:00 w momencie, kiedy ruszała wspólna modlitwa my przenosiliśmy ją na antenie radia.

SK: Jak rozumiem, należy to odbierać w kategorii sukcesu. Jak to odebrali słuchacze, jakie to miało przełożenie na Radio Józef?

BRM: Dokonało się to, o czym marzyłem na przestrzeni roku, czy dwóch. Godzina Miłosierdzia stała się samym centrum całego programu radiowego. Nie byłem zwolennikiem radia typowo modlitewnego i budując radio myślałem o radiu bardziej ewangelizującym. Czyli nie było codziennych transmisji Mszy Świętych, nie było różańca odmawianego codziennie na antenie. Natomiast rzeczywiście godzina Miłosierdzia, była to godzina, która jak się okazało z czasem skupiła największą ilość słuchaczy, którzy łączyli się z naszym radiem i powoli utożsamiali się z nim. Była to znakomita droga ku budowaniu wspólnoty wokół radia katolickiego.

SK: Radio katolickie ma swoją specyfikę.

BRM: Radio katolickie rządzi się w ogóle innymi prawami, gdyż prawa rynku, które generalnie stosuje się w stosunku do mediów tutaj nie zdają egzaminu. Tutaj radio trzeba budować zupełnie na czymś innym. Tutaj radio powstało w oparciu o tą godzinę Miłosierdzia. Była to transmisja Koronki, po której następowało odczytanie fragmentu Dzienniczka. Było to również nieraz opatrzone lekturą dotyczącą Miłosierdzia Bożego. W każdym razie wokół tej godziny Miłosierdzia zbudowała się znakomita wspólnota ludzi, którzy z czasem zaczęli bardzo intensywnie dzwonić do radia. To byli ludzie, którzy nie mieli ani możliwości, ani środków na to, żeby pojawić się w kaplicy Sióstr, ale dzięki radiu właściwie znajdowali się w tej kaplicy. Więc dzwonili w bardzo konkretnych intencjach i prosili o modlitwę.

Tutaj doświadczyłem tej potęgi Miłosierdzia Bożego, które rozwiało tylko wszelkie moje wątpliwości i moją niepewność, co do tego, czy jestem w stanie sobie z tym radiem poradzić. Były to działania, które ewidentnie prowadziły ku temu, że to radio dzięki temu żyło, funkcjonowało, a z drugiej strony służyło ludziom i archidiecezji. Dzięki temu zbudowano tak naprawdę to, o co chodziło kardynałowi Glempowi – wspólnotę Miłosierdzia na terenie Warszawy. On po prostu chciał radia, które z jednej strony obrazowałoby życie archidiecezji, i zaglądałoby do mieszkań domowych z ewangelią. Rzeczywiście później ludzie potwierdzali to. Było bardzo wiele głosów ludzi mówiących o tym, że ludzie poszukujący dla siebie programów radiowych wybierali Radio Józef. To radio ostatecznie przyjęło taką nazwę. Było to jednocześnie Miłosierdzie Boże, które coraz mocniej funkcjonowało w sercach ludzkich.

SK: Kościół mówi o uczynkach Miłosierdzia i myślę sobie, Radio Józef było takim jednym wielkim uczynkiem Miłosierdzia.

BRM: Tak, myślę, że z pespektywy czasu łatwiej nam pewne rzeczy zrozumieć. Wtedy wielu nas pytało – „Czy to radio ma w ogóle sens?”. Kardynał Glemp, Prymas Polski był absolutnie przekonany, że tak. I myślę, że to świadczy o jego wielkiej intuicji. Zdawał sobie sprawę z tego, że po roku 90-tym będą następowały daleko idące zmiany w społeczeństwie polskim i tak się dokonało. Po tym okresie przełomu w 99-tym roku, to zmiany oblicza Polski na korzyść – myślę tutaj o budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, wolności, demokracji. Te zmiany również wielu ludzi postawiły w trudnych sytuacjach życiowych. A zatem był to czas, kiedy ta pomoc niesiona w sensie ducha była naprawdę bardzo potrzebna. W związku z tym Prymas instytucyjnie czuł, że trzeba wykorzystać wszelkie możliwości, aby tę pomoc duchową ludziom nieść. Radio rzeczywiście stało się taką pomocą. Stało się powiewem ducha, który zaglądał do ludzkich domów i serc. Patrząc dzisiaj z perspektywy czasu, szczególnie ta godzina Miłosierdzia bezsprzecznie stawiła wielkie umocnienie dla wielu ludzi. W każdym razie to wszystko było, tak jak Pan mówi dziełem Miłosierdzia, uczynkiem Miłosierdzia. Miłosierdzie Boże bardzo mocno zakrólowało na terenie Warszawy. Niektórzy również pytali w kontekście Radia Maryja – „Czy Radio Józef jest potrzebne?”. Ja zawsze to podkreślałem – Radio Maryja jest znakomitym owocem działalności Ojca Rydzyka i po dzień dzisiejszy spełnia swoją rolę. Trzeba widzieć ten pewien uniwersalizm Radia Maryja, które jest skierowane, jako Radio ogólnopolskie i nie tylko, do bardzo szerokiej rzeszy ludzi. Warszawa w tym wypadku stanowi miejsce szczególne, bo można Warszawę kochać lub nie, ale nie można zaprzeczyć, że to jednak jest Stolica, w której przenikają się bardzo różne aspekty życia społecznego. Tutaj najbardziej kreatywnie tworzy się polityka. Warszawa stanowi mocne miejsce wszelkiej struktury społecznej, obecność ludzi kultury, ludzi mediów, tutaj się to wszystko zbiega. Więc myślę, że Prymas Glemp bardzo chciał, żeby Warszawa była otoczona tą opieką modlitewną i duszpasterską w sposób szczególny. Ponieważ jest to miasto, które domaga się tej opieki. Tutaj zapadają decyzje, które mają ogromny wpływ na życie całego naszego społeczeństwa. Czy można tego nie omodlić, czy można to zlekceważyć? Taki był sens tego radia. Sens radia z kolei oparty był na tym, że radio zostało oparte na Miłosierdziu Bożym i w tym znaczeniu stanowiło wielki dar Miłosierdzi Bożego w tamtych czasach dla życia archidiecezji warszawskiej. To są moje osobiste doświadczenia związane również z moim życiem kapłańskim i z moja pracą. Natomiast dodatkowo w miarę, jak doświadczałem Miłosierdzia Bożego, właśnie poprzez działalność radiową sam coraz bardziej wchodziłem w świat Miłosierdzia i mam nadzieję, że głębiej przeżywałem i odkrywałem sens tego Miłosierdzia. Miłosierdzia, które rzeczywiście dotyka najgłębszych warstw życia ludzkiego i najgłębszych warstw ludzkiej duszy. Stąd nie miałem wątpliwości, że jeżeli mam swoją posługę biskupią wiązać z jakikolwiek hasłem, z jakimikolwiek słowami, to żeby to było prawdziwe, autentyczne i takie bardzo osobiste, to od razu nie miałem wątpliwości, że to tylko może być – „Jezu ufam Tobie”.

SK: A aktualnie przeżywamy rok, który został ogłoszony przez Papieża Franciszka Rokiem Miłosierdzia. W Polsce odbędą się Światowe Dni Młodzieży, które siłą rzeczy będą obsadzone również w Bożym Miłosierdziu. To dla nas czas łaski.

BRM: Kiedy obserwowałem Papieża Franciszka, i patrzyłem, jak ogłasza Wielki Jubileusz Bożego Miłosierdzia, to nie miałem wątpliwości, że spełnia wielkie marzenie swojego serca. Rzeczywiście miałem poczucie tego, że to jest dla Niego bardzo ważne, że jest bardzo zdeterminowany w tym, żeby ogłosić Rok Miłosierdzia, czas łaski. Kiedy czytałem później jego długi wywiad „Miłosierdzie to imię Boga”, to rzeczywiście odsłania tam motywy swojego postępowania, swojej determinacji i tej decyzji. Mówi w bardzo prosty i jasny sposób, że świat, w którym żyjemy jest światem, który domaga się Miłosierdzia. Czasy, w których żyjemy również domagają się tego Miłosierdzia. Odczytując świat, Ojciec Święty widzi poważne zagrożenia, które wynikają nie tylko z braku poczucia nieraz grzechu, który daje się zauważyć wśród ludzi, którzy próbują ten grzech, jakby spędzać, spychać na margines. Według Papieża jeszcze większym zagrożeniem naszych czasów jest to, że kiedy doświadczamy z kolei słabości ludzkiej, coraz bardziej tracimy wiarę w to, że być może ktoś nam pomoże. Inaczej mówiąc rozumiem to tak, że Papież uważa, że grozi nam bardzo dalekie poczucie obojętności.

SK: A od obojętności jest bardzo blisko do poczucia samotności.

RM: Tak. Rzeczywiście coś w tym jest, bo kiedy odwiedzam parafię, kiedy spotykam się z różnymi wspólnotami, ludźmi zaangażowanymi w życie parafii, to ludzie mówią o tym powszechnie panującym poczuciu anonimowości, który wiąże się z jakimś przejawem obojętności. Na przykład wielki parafie warszawskie, gdzie ludzie mówią, że nie znają się w blokach, nie wiedzą, kto mieszka obok. Ludzie próbują zachować tą anonimowość, ale do tego stopnia, że zupełnie, jakby nie dostrzegają się wzajemnie. Poprzez to nie dostrzegają, że ktoś może potrzebować pomocy. Efekt tego jest taki, że poczucie samotności naprawdę jest daleko idące. Idąc dalej w tych dywagacjach na temat poczucia samotności, co często podkreślam w spotkaniu z młodymi ludźmi, to ta samotność bardzo często zagląda po strzechy naszych domów. Czyli inaczej mówiąc żyjąc w tej najbliższej wspólnocie, jaką jest wspólnota małżeńska, wspólnota rodzinna – ale nie tylko, bo mówię tutaj również o wspólnotach, jakie tworzą zgromadzenia, kapłani i tak dalej, zakrada się po prostu poczucie samotność. Teoretycznie jesteśmy razem.  Mało tego darzymy się uczuciami, a jednak coś takiego dokonuje się, że świat sprawia, że tak bardzo jesteśmy skupieni na sobie, że nawet nie potrafimy najbliższych ludzi właściwie odczytać.

Myślę, że to jest pewien mechanizm, który funkcjonuję w świecie medialnym, który mówi – „Jesteś prawie, jak Bóg, jesteś najważniejszy, najważniejsze jest Twoje życie, najważniejsze są Twoje uczucia, najważniejsza jest Twoja kariera, najważniejsza jest Twoja przyszłość”. Ulegamy, tej atmosferze skupienia się na sobie do tego stopnia, że nawet wśród ludzi najbliższych tracimy to, co najważniejsze – wzajemną wrażliwość na siebie. A przecież, tak naprawdę istotą budowania wspólnoty jest to, że człowiek umiera dla siebie po to, żeby żyć dla drugiego. Taka jest istota wspólnoty małżeńskiej, taka jest istota wspólnoty rodzinnej, taka jest istota wspólnoty kapłańskiej, gdzie człowiek przestaje myśleć o sobie tylko po to, żeby coraz bardziej myśleć o drugim człowieku, a dokonuje się proces odwrotny. Rozmawiając z młodymi ludźmi mówią oni o tym braku nieraz takiej podstawowej komunikacji między małżonkami, między rodzina, między rodzicami a dziećmi.

SK: Skąd te pogubienia ludzkie? Skąd te problemy młodych ludzi, małżeństw czy innych wspólnot?

BRM: To jest efekt tego, że nie potrafimy ich odczytać tych mechanizmów, a przynajmniej odczytać w odpowiednim momencie. Bardzo często odczytuje się ich, kiedy jest już za późno. Jeżeli to odkrycie tego, że ktoś w sobie nosi problem, z którym sobie nie radzi, jeżeli ktoś nosi w sobie pytania, na które nie znajduje odpowiedzi, jeżeli ktoś nie odnajduje sensu tego, co się dokonuje w jego życiu, zostaje z tym absolutnie sam, nie potrafi tego unieść, czuje się wtedy nie tylko samotny, ale może się wtedy łatwo pogubić.

SK: I co z tym zrobić? A właściwe, jak możemy temu zaradzić?

BRM: Odpowiedź Papieża Franciszka jest bardzo prosta. Jeżeli chcemy temu zaradzić, to musimy wrócić do źródła. Tym źródłem jest właśnie Miłosierdzie Boże, które jest niczym innym, jak tylko w cudzysłowie zapomnieniem o sobie, po to, żeby poświecić się człowiekowi.

Czym jest wkroczenie Chrystusa w historie świata? Czym jest pojawienie się Boga człowieka, który przyjmuje na siebie ograniczenia natury ludzkiej? Oprócz grzechu, przyjmuje na siebie to wszystko, czego doświadcza człowiek, tylko w imię tego, żeby być bliżej człowieka. Czy to nie jest fenomenalne? Jeżeli to rozpatrujemy w kategoriach życia nadprzyrodzonego, jeżeli rozpatrujemy to w kategoriach Boga samego, to może być to dla nas rzeczywiście niewyobrażalne. Bóg stwórca wstępuje w historię świata, rezygnuje ze swojego majestatu, odrzuca to wszystko, co mu przysługuje. Przecież taki jest Chrystus w momencie wcielenia. Taki jest Chrystus na krzyżu, który można powiedzieć rezygnuje ze swojego majestatu Boga, staje się albo malutkim dzieckiem, skazanym na ludzi, czyli z całym zaufaniem powierza się w ręce ludzi, albo też staje się cierpiącym człowiekiem, który przyjmuje ogrom bólu, samotności i cierpienia, wiedząc, że to jest droga prowadząca ku odkupieniu. W jednym i w drugim przypadku to jest tak zwana kenoza Chrystusa, czyli jego absolutnie wyniszczenie się dla człowieka. To jest istota miłości miłosiernej Chrystusa, który wyniszcza sobie samego.

Oczywiście to wszystko, to są tylko próby zdefiniowania tego, co się nie da do końca zdefiniować. Próby wyrażenia tego, co do końca się na da wyrazić. Ale myślę, że tak można postrzegać istotę miłości miłosiernej Chrystusa, która leży u źródeł jego wcielenia. To Bóg kierujący się miłością miłosierną w stosunku do człowieka, którego chce odkupić. Przyjmuje naturę ludzką, doświadcza trudów życia ludzkiego, kończy to ludzkie życie w samotności, bólu, cierpieniu na krzyżu, tylko po to, żeby doprowadzić do przywrócenia człowiekowi godności dziecka Bożego. Możemy powiedzieć, że jest to miłość, która rzeczywiście w tym wypadku nie znam granic. Jest tą miłością, która absolutnie rezygnuje – używam kategorii ludzkich, rezygnuje z siebie. Powiadam jeszcze raz, wykonuje kenozę wyniszczenia samego siebie. Chrystus w jakimś sensie wyniszcza swój majestat Boga, tylko po to, żeby uczynić to dla człowieka. To samo leży u źródeł całego dzieła wcielenia i odkupienia. To wszystko również Chrystus potwierdza poprzez głoszenie ewangelii i swoją działalność publiczną. Dlatego Papież Franciszek zwraca uwagę na to, że miłość miłosierna Chrystusa, to nie jest miłość, która w trakcie ogłoszenia ewangelii oznaczała przebaczenie grzechu. Bardzo często mówimy Bóg miłosierny, to ten, który nam przebacza, Bóg miłosierny to ten, który nam odpuści, ale Papież Franciszek mówi jeszcze o czymś innym. To nie jest tylko przebaczenie, ale ta miłość miłosierna Chrystusa, to absolutne oddanie się człowiekowi oznacza też jednocześnie miłość, która podnosi człowieka. Czyli jest to nie tylko przebaczenie, ale jednocześnie podanie ręki po to, żeby człowiekowi pozwolić wstać i pójść dalej rozpoczynając na nowo.

SK: Papież przypomina wiele przypowieści ewangelicznych, ale przypowieść o synu marnotrawnym jest tu chyba najbardziej obrazowa.

BRM: Tak zgadza się. Mamy tu przecież taki obraz. Oto syn wziął część majątku ciężko zarobionego przez ojca, poszedł, przepuścił, zmarnował, pogubił się, dotknął dna życia, nie miał w zasadzie już innego wyjścia, chce tylko wrócić po to, żeby móc u ojca pracować i mieć co jeść. Nie zdążył wrócić do domu, a już na drodze czekał ojciec, nie zdążył przeprosić, a już został przytulony, nie zdążył niewiele powiedzieć, otrzymuje nową szatę, nowy pierścień na rękę, sandały na nogi. Co to oznacza? Co to symbolizuje? Ojciec nie tylko przebacza mu to, że pogubił się w drogach życia, ale przywraca mu godność dziecka, którą utracił. W tym pogubieniu mówi mu – „Jesteś moim dzieckiem, nigdy nie przestaniesz nim być, więc zacznij na nowo”. A zatem miłość miłosierna, tak jak mówi o niej Papież Franciszek, to przede wszystkim miłość miłosierna, która jest miłością zdolną do najgłębszych poświeceń i to w imię dobra człowieka.

Mówię tutaj starając się odczytywać myśli Papieża Franciszka, ale można pójść w stronę języka teologii i próbować tutaj zrozumieć tę miłosierną miłość, jako tą miłość, która zstępuje we wnętrze człowieka, czyli w postaci łaski Bożej. Chrystus wstępuje w ludzką duszę po to, żeby tam, w tych najgłębszych pokładach uzdrowić człowieka, jego serce, jego duszę, żeby uleczyć jego ranę, żeby uleczyć jego grzech. Czyli to, że syn otrzymuje nową szatę i może rozpocząć na nowo życie, to nie jest tylko kwestia pewnej scenografii zewnętrznej, tylko to jest najpierw zejście w te najgłębsze pokłady ludzkiego serca, i obudzenie ludzkiej nadziei, że może być, że możesz zacząć na nowo. Danie człowiekowi siły w postaci łaski Bożej, bo nie potrzebujemy tylko motywacji, ale potrzebujemy Bożego wsparcia, a tym wsparciem jest łaska Boża. Ta łaska Boże zstępuje w serce i duszę człowieka, daje mu siły do tego, żeby powstać i rozpocząć na nowo. Przenosząc to na relacje czysto ludzkie, Papież Franciszek jakby wołał i prosił – „Nie zabijajmy w sobie wrażliwości na drugiego człowieka, bo jeżeli utracimy wrażliwość na drugiego człowieka, życie nie zna pustki”. W miejsce tej wrażliwości pojawia się obojętność. Obojętność, która ostatecznie prowadzi, ku czemu? Ku samotności. Poczucie samotności z kolei przekłada się na coraz głębsze podziały. Skąd biorą się podziały w ludzkich rodzicach? Skąd biorą się podziały w społeczeństwach, w których żyjemy? Skąd biorą się podziały globalne, które dotykają świata? Teoretycznie są to podziały, które rodzą się na tle politycznym, ekonomicznym, nawet religijnym, ale w najgłębszej swojej warstwie te podziały rodzą się z bardzo pogłębiającej się obojętności, która zabija naszą wrażliwość, a to sprawia, że czujemy się samotni.

Samotność, ta obojętność również rodzi akty, które nas przerażają. Akty z którymi właśnie mamy do czynienia, na co dzień, czyli człowiek przeciwko człowiekowi. Człowiek, który chce zabić lub zabija, a tak naprawdę nie wie, kogo zabija, chce tylko zabić. Nie wie, kto to jest, jakie ma poglądy religijne, polityczne, jaki jest jego status społeczny. Z takiego rodzaju atakami mamy dzisiaj do czynienia. Po prostu miarą tych aktów jest zabicie, jak największej ilości ludzi i rozlania w ten sposób, jak największego bólu. Z jednej strony zabija się ludzi, a drugiej strony rani się tych, których ta śmierć dotyka, jak to morze cierpienia. To się nie bierze znikąd, to nie wyrasta ot tak, to nie jest efekt dni i miesięcy, to musiało przez całe długie lata dojrzewać w ludzkich sercach i w ludzkich umysłach. Ludzie, którzy czują się coraz bardzie samotni, ludzie, którzy czują się nieraz coraz bardziej opuszczeni myślę, że sięgają po tego rodzaju rozwiązania. Jest to taki atak desperacji. Dla mnie jest to tylko kwestia dramatycznego zwrócenia uwagi na siebie.

Nie chcę dokonywać dogłębnej analizy tego, co się dzieje dzisiaj w świecie, chociaż dotyka nas to wszystkich, bo dzisiaj nie ma lokalnej wojny, dzisiaj nie ma lokalnego dramatu. Przez to, że świat uległ daleko idącej globalizacji każda wojna staje się wojną każdego z nas. Każdy dramat rodzący się gdziekolwiek, w jakimkolwiek zakątku świata staje się również naszym dramatem. A zatem to, co przez wieki sprawiało, że Europa nie wiedziała, co się dzieje na terenie Afryki, czy też Półwyspu Indyjskiego, czy na Bliskim Wschodzie, dzisiaj w wyniku przypływu informacji, wszystko właściwie staje się wspólne. Wspólne stają się również konflikty zbrojne, dramaty, wspólne stają się akty terroru, które są dzisiaj wyrazem ogromnej nienawiści, rzec można nawet, że cynizmu i pogardy dla życia ludzkiego.

SK: To są dramaty w których uczestniczymy. Potrzebne jest nam wszystkim Miłosierdzie Boże.

RM: Miłosierdzie, które każdego z nas podnosi, które wprowadza rzeczywisty pokój w serce ludzkie. Tutaj rodzi się prawdziwy pokój. To jest to Miłosierdzie Boże, które rzeczywiście rodzi wrażliwość na drugiego człowieka…

Miłosierdzie Boże jest wielkim darem, jaki Bóg składa w nasze ręce. Teraz na ile ten dar wykorzystamy zależy tylko i wyłącznie od nas. I dobrze, że tak to się dzieje, dlatego że cała istotna naszego człowieczeństwa, istota naszych wyborów – również wyborów religijnych opiera się na wolności. To jest element, który bardzo wyraźnie trzeba podkreślać. Jeżeli mówimy dzisiaj o tym, że Kościół albo też chrześcijaństwo zalewa społeczeństwo, albo uzurpuje sobie prawo do tego, żeby kierować tym społeczeństwem, jeżeli mówimy też o procesie islamizacji, który może się dokonać na terenach Europy, to trzeba pamiętać o jednej rzeczy – życie religijne oznacza wolny wybór. Czyli inaczej mówiąc nie ma możliwość, żeby ktoś kogoś przekonał i zmusił do przyjęcia jakichkolwiek przekonań religijnych, z którymi człowiek się nie utożsamia. Jeżeli to nie jest moje, jeżeli to nie jest prawdziwe, jeżeli ja w to nie wierzę, to choćbym wypowiadał „Wierzę w Boga” co godzina, to jest to tylko i wyłącznie przejaw mojej hipokryzji. A zatem Miłosierdzi Boże jest wielkim darem złożonym w nasze ręce i tylko od nas zależy, jak wykorzystamy ten dar. Jeśli wykorzystamy go w poczuciu wolności, to znaczy, że zależy nam, aby naprawdę Miłosierdzie Boże zagościło w naszych sercach, w naszych duszach, a jednocześnie stało się pewnym fundamentem życia, nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich, którzy żyją wokół mnie.

 

 

za: http://katotrendy.ewangelizuj.pl/ 

Katolicki miesięcznik internetowy

 

Udostępnij